Rozdział XX: Kiedy jadę, myślę o psach

W Salonikach robię sobie parę dni przerwy, podczas których spędzam dużo czasu na rozciągniętym niemalże wzdłuż całej zatoki molo. Biegam, czytam, spaceruję, a nawet zaraz przed wyjazdem czyszczę i oliwię tam łańcuch, obserwując przy tym spokojne morze.

Długie, rozległe molo. Moje ulubione miejsce w tym mieście.
Do tego stopnia, że urządzam sobie na nim sesję czyszczenia i smarowania łańcucha.

To Salonikach mam pierwszą styczność z kuchnią grecką. Po pierwsze w każdej piekarni można tu znaleźć bougatsę z wierzchu pokrytą cukrem pudrem, a wewnątrz wypełnioną lekko ciepłym kremem. Zawsze, kiedy je się bougatsę rękami, jest się ubrudzonym zlatującym cukrem pudrem i kruszącym się ciastem, ale niespecjalnie ma to jakiekolwiek znaczenie, ponieważ sam wypiek jest przepyszny. Na bougatsę trzeba iść rano, bo te popołudniowe będą miały już lekko zastygnięty krem i nie będą aż tak smakowite.

Niektóre uliczki w Salonikach są tak strome, że niemożliwy jest podjazd rowerem – kiedy zaczynam jechać, grawitacja ciągnie mnie w dół i zamiast tego staczam się w dół.

Spacerując po mieście, rozglądam się też za lokalną tawerną. Traktuję to cierpliwie jako proces, którego zwieńczeniem i nagrodą za cierpliwość będzie przepyszne jedzenie. Zależy mi, aby znaleźć miejsce lokalne i tanie i raczej wypełnione Grekami, a nie zagranicznymi turystami. Zajmuje mi to dwa dni długich spacerów, ale w końcu udaje mi się wypatrzeć dwie tawerny, które już z zewnątrz widać, że spełniają moje kryteria. Próbuję favy (zblendowana fasola), bouyiourdi (feta zapiekana w sosie pomidorowo-paprykowym), dolmadiakis (liście nadziewane ryżem, stały się podstawowym składnikiem mojej greckiej diety), smażonych sardynek. Wszystko to oczywiście z białym winem. W tych tawernach uczę się rozpoznawać prawdziwą sałatkę grecką. Wyróżnia się tym, że nic nie jest pokrojone drobno, a feta nie jest pokrojona w ogóle tylko podana jako cały plaster na szczycie sałatki i jedynie lekko skropiona oliwą i posypana oregano. Rozumiem już teraz, dlaczego także i w polskich sklepach sprzedaje się fetę w plastrach – to nie tak, że byli leniwi, tak się to podaje.

W Grecji w sklepach spożywczych z powrotem pojawia się kefir, od którego uzależniłem się w trakcie pobytu na Ukrainie, gdzie często popijało się nim sałatką owocową. Z jakiegoś powodu to połączenie kojarzyło mi się z dzieciństwem. W Bułgarii kefiru nie było – tam masowo pije się ajran, z którym niestety nie potrafiłem się zaprzyjaźnić.

W hostelu dzień przed wyjazdem poznaję Adriena, jadącego z Francji przez Bałkany aż do Grecji. W drodze do Saloników przedzierał się przez pokrytą błotem drogę. Gęste błoto obkleiło cały napęd i jego nadmiar spowodował, że Adrienowi pękł wózek przerzutki. Musiał więc łapać stopa, a teraz przez tydzień ugrzązł w Salonikach w oczekiwaniu na nowy wózek.

Mamy z Adrienem podobną historię sprzed wyprawy, więc szybko nawiązujemy kontakt. Rozmowy z nim są dla mnie jak terapia, bo podobnie jak mnie, jadąc samemu, spotkało go na drodze naprawdę dużo. Empatyzowanie z historiami drugiego przychodzi nam więc łatwo. Opowiadamy o najgorszych nocach, o niebezpiecznych sytuacjach. Dyskutujemy o tym, jak wyobrażamy sobie powrót do rzeczywistości po zakończeniu wyprawy. Pytam Adriena, o czym myśli podczas jazdy. „O psach” odpowiada cicho i z lekkim uśmiechem. Rozbawiło mnie to.

Rower podziwia widok na Saloniki z tutejszej fortecy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s