Rozdział XXI: Zimne wody*

Po paru dniach objadania się w akompaniamencie białego wina powrót na trasę jest trudny. Ten odcinek to przynajmniej równina, więc nie grożą mi żadne poważne wzniosy.

Dojeżdżam tego dnia do Litochoro, miejscowości znajdującej się u podnóża góry Olimp. Sezon turystyczny już dawno się skończył, a wejście na Olimp jest bardziej skomplikowane zimą i wymaga specjalistycznego sprzętu. Turystów więc nie ma, hotele i restauracje są zamknięte na cztery spusty, a ich okna zabite dechami. Najtańszy pokój kosztuje 40 euro. Krążąc tak wieczorem po miasteczku i nie do końca wiedząc co począć, zauważam komisariat policji. W akcie desperacji pukam i pytam dyżurującego policjanta, czy zna jakiekolwiek miejsce, gdzie mógłbym bezpiecznie rozbić namiot. Mam szczęście, bo okazuje się, że policjant jest kolarzem. Muszę wytrzymać parę minut pytań o rower i o drogi w Grecji, ale w końcu mówi mi, żebym rozłożył namiot w parku publicznym znajdującym się za komisariatem.

Park publiczny to nowość, jeszcze tak nie spałem na tej wyprawie. Z początku nie czuję się komfortowo, bo słyszę w pobliżu odgłosy imprezy w plenerze. Okazuje się, że parędziesiąt metrów od mojego obozu znajduje się niewielki amfiteatr, na którym lokalna młodzież popija piwka. Po jakimś czasie się przyzwyczajam. Zasypiam do bitwy freestylowej toczonej po grecku między dwoma chłopakami na ławce zaraz obok mojego namiotu. Taka agresywna kołysanka.

Namiot rozłożony w parku publicznym między wysokimi, iglastymi drzewami. Obok namiotu postawiony przy drzewie rower.
Mój kemping w parku publicznym. Budynek w tle to wspomniany komisariat policji.

Następnego ranka ruszam na Olimp. Mam 18 km asfaltu cały czas pod górę. Na tej drodze umiejscowione jest pierwsze schronisko na wysokości 1000 m n.p.m., jedyne otwarte zimą. Po drodze zatrzymuję się w tym schronisku, aby zabezpieczyć sobie nocleg – w parku narodowym jest zakaz spania na dziko, można tylko na terenie schroniska. Dowiaduję się, że schronisko tej nocy będzie zamknięte, ale dostaję pozwolenie na rozbicie namiotu na zewnątrz. Kontynuuję więc na górę asfaltową drogą. Stąd mam jeszcze chyba 8 km do końca drogi, gdzie znajduje się restauracja. Przy restauracji zostawiam rower, przebieram się i idę na szlak prowadzący na Olimp. Tutaj czuć już góry – kiedy wieje wiatr, masz wrażenie, jakby ktoś głośno szeptał. Przez zmęczenie i pogarszającą się pogodę muszę zawrócić po około 3,5 km. Teraz z powrotem przebieram się w ubrania rowerowe i zjeżdżam z powrotem do schroniska, gdzie umówiłem się na nocleg.

Sałatka z tuńczykiem i papryką, precel i dwie konserwy.
Obiad na końcu asfaltowej drogi na Olimp, zanim jeszcze zostawiłem rower i ruszyłem szlakiem pieszo.

Deszcz nie wybacza, dojeżdżam zmoczony do suchej nitki. Właściciel, widząc mnie, lituje się i pozwala mi rozbić namiot pod daszkiem na ganku schroniska. Dwie godziny po moim przyjeździe schronisko zostaje całkowicie zamknięte. Jest niedziela, a oni z powrotem otworzą je dopiero na przyszły weekend, kiedy pojawi się przynajmniej garstka turystów. Z kolei restauracja na końcu drogi, w której zostawiłem wcześniej rower, zamknęła się o 17. Stojąc na ganku już w suchych ubraniach i widząc powoli odjeżdżające w dół drogi auto właściciela schroniska, uświadamiam sobie, że najprawdopodobniej będę tej nocy jedyną osobą na Olimpie. Myśl ta wywołuje dreszcz ekscytacji. Widzę z ganku migające 700 metrów wysokości niżej światła Litochoro. A w oddali znów wielka ciemna plama, na której od czasu do czasu wolno suną lampki kutrów rybackich.

Kierownica roweru typu baranek, a w tle las iglasty i góra Olimp.
Wjazd na Olimp. Niestety zjazd nie był tak słoneczny, wręcz przeciwnie.

Tej nocy wiatr wieje z prędkością do 100 km/h. Na ganku, gdzie rozbiłem namiot, mam dookoła siebie trzy ściany. Jedynie od północnej strony znajduje się balustrada, przez którą od czasu do czasu uderzają w mój namiot szarpiące podmuchy wiatru. Nie wiem, co by było, gdybym spał na polanie, na której oryginalnie miałem spać.

*Jeszcze w Salonikach kolega Grek powiedział mi, że w Grecji na młode osoby pełne energii i odwagi mówi się zimne wody. Kiedy wjeżdżałem na Olimp, dokładnie tak się czułem, stąd tytuł rozdziału.


Trasy wspomniane w tym rozdziale:

Dokładną mapę oraz statystyki znajdziesz w powyższych linkach.

1 komentarz do “Rozdział XXI: Zimne wody*

  1. Pingback: Rozdział III: Bakota cz. 1 – Mateusz Andrulewicz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s